Szaleńcza prędkość, ostre zakręty, kilkadziesiąt okrążeń, kilkanaście bolidów. Milionom widzów przed telewizorami zapiera dech przy co ciekawszych momentach. Co ciekawsze momenty to co prawda zazwyczaj co bardziej spektakularne kraksy (w tym niezapomniana z zeszłego roku z toru w Montrealu), ale także te, w których trzyma się zbielałe kciuki, dopingując swojego faworyta przez piętnaście – dwadzieścia pozostałych okrążeń, licząc sekundy – czy zdąży na pit-stopie, czy da się wyprzedzić? Niestety, przeciętnemu widzowi nijak szukać szansy na choćby jedno okrążenie jako kierowca bolidu. Aby poczuć smak tych emocji pozostają mu gry komputerowe, a także Pitchcar Mini.
W kategorii: Konstruktorzy
Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
Już na samym wstępie, jeszcze przed otwarciem pudełka czuć jedną z cech szczególnych Pitchcara: pudełko z grą jest ciężkie, znacznie cięższe, niż można się spodziewać po opakowaniu tych gabarytów. Po otwarciu pakunku można odkryć przyczynę tej właściwości – znaczna większość elementów gry zrobiona jest z grubej sklejki, chyba, że są to plastikowe bandy bądź papierowa instrukcja (zajmująca notabene zaledwie pół strony). Drewniane elementy dzielą się na fragmenty toru (właśnie te grube i ciężkie) oraz na żetony imitujące bolidy (małe, lekkie i okrągłe). W prezencie otrzymujemy jeszcze kawałek styropianu, oryginalnie zapakowany po to, aby poszczególne elementy nie szalały w pudełku podczas transportu. Po rozpakowaniu zaś styropian staje się elementem o tysiącu zastosowań – można się nim bawić, wyrzeźbić z niego zamek albo zwyczajnie wyrzucić i zapomnieć – tu potrzebna jest inwencja użytkownika.
Inwencja jest potrzebna także przy układaniu toru do gry. W pudełku otrzymujemy kilkanaście elementów trasy (fragmenty prostej drogi i zakręty), które, odpowiednio połączone (łączy się w podobny sposób jak klasyczne puzzle), składają się na tor, po którym śmigać będą nasze krążki – bolidy. W instrukcji rozrysowane są przykładowe kombinacje, ale oczywiście nie znaczy to, że nie można układać także innych tras – możliwości jest dość sporo. Na koniec jeszcze, już po ułożeniu toru nakładamy na krawędzie plastikowe bandy, aby utrzymanie autka w torze było łatwiejsze – i jesteśmy już gotowi, żeby zacząć śmigać.
W kategorii: Kierowcy
Twórcy przygotowali dla graczy osiem pionków i maksymalnie tyle osób może brać udział w jednej rozgrywce Pitchcara. Runda gry podzielona jest - podobnie jak wyścigi w Formule 1 – na dwie części: rundę eliminacyjną oraz główny wyścig. W rundzie eliminacyjnej ścigamy się, aby ustalić, jakie miejsca zajmiemy na starcie rundy właściwej, decydującej o zwycięstwie we właściwej rozgrywce. Nie trzeba tłumaczyć, że najlepszy wynik w kwalifikacjach owocuje "Pole position", a każdy kolejny gracz ustawia żeton odpowiedniego zawodnika nieco z tyłu, za osobą nieco lepszą w kwalifikacjach.
A na czym właściwie polegają te wyścigi? Zasada jest prosta – wyceluj i pstryknij. Tak, nie ma tutaj nic więcej. Nawet instrukcja mogłaby się do tego ograniczać – wyceluj tak, żeby twój żeton "pojechał" w odpowiednim kierunku, i pstryknij, aby wprawić go w ruch. Jeśli uczynisz to na tyle sprawnie, że drewniany krążek nie obróci się "do góry kołami", ani nie wypadnie poza bandę, jesteś już nieco bliżej mety - jeśli tylko nie pomyliły ci się kierunki jazdy. Poszczególni gracze pstrykają swoje żetony jeden po drugim, a kiedy skończy ostatni, zaczynamy pstrykanie od nowa. I tak przez dziesięć okrążeń. I tak w kilku zdaniach udało się streścić całą instrukcję gry w Pitchcara. No, niemalże – twórcy dorzucili także dwie zasady opcjonalne, na wypadek, gdyby klasyczna rozgrywka zaczynała się graczom nudzić.
Klasyfikacja generalna
Ostatnio trafiają mi się gry podejrzanie podobne tym, do których w dzieciństwie nie potrzeba było niczego prócz kilku rekwizytów i wyobraźni – tak jak wcześniej recenzowana karciana Mafia, była udaną adaptacją gry znanej jako zabawa ze zwykła talią kart, tak Pitchcar mocno i nie bez podstaw kojarzy mi się z klasycznymi kapslami, z kilkoma różnicami: teraz można grać w domu (i to bez ryzykowania złości rodziców), nie potrzeba kredy i nadaje się na każdą pogodę.
Pitchcar stanowi udane entree do wieczora planszówkowego, jest wesołą przystawką przed poważniejszymi pozycjami, a także udanym przerywnikiem między kolejnymi, poważnymi rozgrywkami. Pitchcar nie wymaga od gracza zaawansowanej taktyki czy wytężania mózgownicy: wszystko sprowadza się do intuicji i sprawnych palców. Po rozłożeniu nie absorbuje graczy i spokojnie można poświęcić minutkę pomiędzy kolejnymi turami jakiejś dużej planszówki na parę "pstryknięć", aby zażyć choć krótkiej chwili relaksu w środku wymagającej partii.
Jedyną poważnym zarzutem, jaki mogę postawić Pitchcarowi jest cena (sto dwadzieścia złotych), która, zważywszy na wielkość pudełka i ilość elementów (pomijając ich wykonanie: ilość jest naprawdę nieduża), a przy tym małe ich zróżnicowanie, wydaje się być kwotą zbyt wymagającą jak na pozycję, która nie jest samodzielną atrakcją wieczoru, a raczej przerywnikiem. Czymś w rodzaju aperitifu czy lampki wina między kolejnymi daniami na kolacji.
Podsumowując: Pitchcar nie jest nudny – jest jednak monotonny do bólu, polegając jedynie na kolejno postępujących po sobie "pstryknięciach". Trasy są dość mało zróżnicowane – owszem, można kombinować z ilością zakrętów czy prostych, ale to wciąż nie nazbyt wiele, żeby usprawiedliwić wysoką cenę gry. Zdecydowanym plusem gry jest trwałe, solidne wykonanie elementów, odpornych niemal na każdą katastrofę, jaka na imprezie może się przydarzyć (oprócz okazyjnego szukania niewielkich krążków – samochodów po pokoju, gdy wypadną z trasy). Obraz rozgrywki całkowicie odmieniają dodatki do Pitchcara – te zaś staną się obiektem osobnej recenzji już za jakiś czas.
Dziękujemy za udostępnienie egzemplarza dystrybutorowi gry - firmie Rebel.pl